Zorkownia


Agnieszka Kaluga

Zorkownia


Chcę zamówić, przeczytać. Uważnie. Ale czy wiem co robię ? Czy jestem gotowy ? Darmowy fragment zajął mi nie więcej niż 5 minut, tak wchłonął. Ale te 5 minut były wyjątkowo trudne, a jeszcze trudniejsze pierwsze chwile już po przeczytaniu. 

Są ludzie,którzy na codzień pracują i poświęcają się w służbie innym. Widok cierpienia, samotności, braku szans na dalsze życie nie jest im obcy, i pewnie po części wykształcili w sobie odporność, bo bałbym się napisać obojętność. Moje zderzenie z tym krótkim fragmentem wywróciło wszystko przez chwilę do góry nogami. 

Zwykle mijamy hospicja i nie chcemy o nich wiedzieć, nie chcemy słyszeć. Chyba, że jakaś gazeta, tudzież inne media, nagłośnią jakiś temat. Skandalu, dramatu ... I wtedy pochylamy się nad ludzkim cierpieniem, krzywdą, patrzymy z politowaniem na osoby starsze, staramy się być dobrzy, lepsi. Póżniej znów zostaje tandetny program w ogłupiającej telewizji, kolejne piwo z kolegami czy zakupy w centrum handlowym. I zapominamy, bo łatwiej, bo nie chcemy by było nam smutno, bo łatwiej. Może i tak lepiej. 

Nie wiem co myśleć, zbyt trudne.


Rybakiem w kompozycję


"Sztafaż (niem. Staffage od ausstaffiere, przyozdabiać) – postacie ludzkie i zwierzęta oraz dodatkowe, poboczne wątki lub motywy ożywiające kompozycję dzieła artystycznego, nieodciągające jednak uwagi odbiorcy od głównej treści dzieła.
Sztafaż nie nawiązuje bezpośrednio do głównego motywu dzieła, a jedynie uatrakcyjnia tło, które mogłoby się wydać puste, monotonne lub zbyt nudne. Sztafaż zastępuje tło czymś ciekawszym, spełniając jednak nadal podstawowe funkcje tła, tak więc użycie sztafażu odbywa się jedynie w warstwie formalnej, a nie znaczeniowej.
Prawidłowe użycie sztafażu pomaga w zachowaniu proporcji i perspektywy kompozycji, pogłębia tło, uwypukla elementy pierwszoplanowe, pomaga w odpowiednim rozplanowaniu akcentów itd., a wszystko po to, aby pozwolić odbiorcy skupić uwagę na tych treściach dzieła i w taki sposób, w jaki zaplanował to sobie twórca.
Sztafaż może być stosowany we wszystkich rodzajach dzieł sztuki."
Cytat pochodzi z wikipedii.

Nasze Himalaje




Z wizytą na Śnieżkę wybraliśmy się dość późno, około godziny 12 w południe. Był to pierwszy wypad na tak pokaźny szczyt górski (1602 npm), a przypomnieć należy, iż wspomniana Śnieżka to najwybiejszy szczyt Karkonoszy. Zaparkowaliśmy w Karpaczu Górnym, niedaleko Świątyni Wang. Świątynia nie została ofotografowana, gdyż liczba turystów przekroczyła dostępną powierzchnię udostępioną zwiedzającym. Szukając ciekawszego kadru potrzebujemy innej perspektywy, innego ułożenia elementów kompozycji. Nie dojrzałem jeszcze do wykorzystywania trudności na swoją fotograficzną korzyść. Turystów w Karpaczu bez liku, trudno znaleźć wolną przestrzeń. Wszyscy chcą zdobyć szczyt , wbić swoją chorągiewkę na najwyższym punkcie. Teraz już wiemy, że istnieją alterntywne sposoby zdobywania szczytu, a wszystko za pomocą strony czeskiej i jej kolejki gondolowej, która  to zaczyna swój bieg w miasteczku Pec pod Sněžkou. Bilet dla osoby dorosłej to ponoć 43 zł, dla dziecka 21 zł. Tylko czy radość ta sama ? Na pewno inna to przygoda, a nogi nie tak zmęczone. 



Podróżuje się pieszo przyjemnie, nie ma zbyt wielu wzniesień podczas pokonywania terenu i szlaku. Tak podróżować można aż do schroniska "Samotnia", które jest położone nad malowniczym kociołem małego stawu. Grzechem jest pozostawienie aparatu w domu, więc nie róbcie tego. Miejcie aparat, zachowajcie te chwilę. Uwiecznijcie je.

Dalsza wędrówka od Samotni do kolejnego schroniska, czyli "Strzechy Akademickiej" jest krótka, około 12-15 minut, ale już nieco cięższa i trudniejsza. Jakby próba generalna przed prawdziwym przestawieniem. 

Zaś o fotografii miałem pisać, nie o zakwasach. Plany, określone w wygodnym fotelu, przy zimnym kubku z kompotem, miały się nijak do zastanej sytuacji. Nie sposób fotografować, jak w umyśle fotografa zamiast kadrów widać krople potu i drżące nogi ze zmęczenia.



Ludzi na szalku wielu, są i dorośli, dzieci, rowerzyści. Ba ! I biegacze. Mijaliśmy ich podczas naszego "swobodnego" opadania w drodze powrotnej dwukrotnie (sic!). Mijali nas przy Śląskim Domu, wbiegając dość stronym i o wiele bardziej wymagającym podejściem na sam szczyt Śnieżki. Wbiegając !!! Po czym minęli nas kilkadziesiąt minut ponownie, już w swojej drodze powrotnej. Więc przy naszej drodze powrotnej oni zdążyli wbiec i wrócić. Jaką to trzeba mieć siłę, odporność, wydolność oddechową. Jeden z panów nieco starszy, tak ponad 60 latek, drugi młodszy. Podziwiam obu.


Rzut oka na okolicę, okolicę niezwykłą. Chyba nie ma nigdzie tak malowniczych widoków prócz krajobrazów górskich.


Wędrujemy do Samotni ...





Schronisko kusi różnymi kiełbaskami, piwem, lodami ...




Przerwy nastąpił koniec. Nie wszyscy się cieszyli, albowiem widok dalszej drogi  ....


... napawał optymizmem, ale dość odległym.


Po drodze mijamy piękny i malowniczy obraz z przełęczy pod Śnieżką (Śląski Dom). Absolutnie malowniczy i fotograficzny obraz strony czeskiej


Obrót w drugą stronę i w górę ...I jest ! Obiekt naszych marzeń.


Jeśli pozostaje w was jeszcze troszkę energii by się obrócić, widok może was zaskoczyć niesamowitą grą światła na zboczach.


Ale doszliśmy, jesteśmy, zdobyliśmy. Niektórzy mówią iż szczyt jest na wysokości 1604 metrów, niektórzy że na wysokości 1602. Wiem jedno, te 2 metry robią różnicę. Zwłaszcza dla obecnych i byłych palaczy.  

Weszliśmy i czuliśmy się niczym Neil Armstrong, niczym Jerzy Kukuczka. Mamy trofeum, niematerialne ale jednak trofeum. Naszym trofeum jest możliwość oglądania świata z innej perspektywy, niedostępnej mieszczuchowi na codzień.


Na szczycie jest restauracja w budynku Obserwatorium Wysokogórskiego Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. A w nim cała masa kiczu i tandety. Na przykład facet przebrany za starca, wystawiający jakieś certyfikaty, żadający opłaty za zdjęcie.

Atmosfera kameralna, z cenami odpowiadającymi wysokości najwyższego szczytu Karkonoszy.

Nie wszyscy wiedzą, że poprzednie obserwatorium miało zostać sprzedane za 1 zł miastu Karpacz i w przeniesione w całości. Miasto nie okazało zainteresowania i budynek został zburzony. Szkoda, że tak traktuje się cenne perełki architektury. Obecne obserwatorium swój wygląd zawdzięcza projektowi dwóch wrocławskich architektów, przeżywało swoje lepsze i gorsze chwile, etapy euforii i chwilę załamania, przeżyło także w 2009 roku katastrofę budowalną, tracąc górny dysk.








Idąc w dół poczułem się nagle jak na Islandii, stąd to ujęcie. Nieprawdaż ?





Kiedyś wrócimy, będziemy szybsi, może lepsi, sprawniejsi. Na pewno będziemy bardziej dojrzali i doświadczeni, ale i starsi.