SZATNIA NR 4

Pamiętam ją z szafkami, półkami, prysznicem. Były też ławki i krzesła. Przychodziłem tam i przebierałem się przed treningiem. Ja i inni. Czy to był bieg na 300 metrów czy skok w dal - wpierw szatnia. W samym rogu boiska, na samym jego końcu, postawiona jakby sama miała się wstydzić przed sobą że jest. Trzeba było przejść przez bieżnię usypaną z czarnego żużlu, której długość liczono na 300 metrów. Czarny żużel, socjalistyczny. Szkoły, boiska, tereny sportowe, pamiętają doskonale ten element socjalistycznego populizmu. Naród ćwiczy. A czerwone bieżnie były dla zawodowców. Bieżnia. Obok zielone deski, umocowane solidnie do betonowych prefabrykatów, malowane skrupulatnie farbą olejną jako siedziska. A szatnia jakby niechciana. Nie pamiętam jej w czasach jej dobrobytu, ale nie była też tak opuszczona.

Istnieje wiele takich obiektów, obiektów mojej młodości, które były, które pamiętam. Ale pamiętam inaczej niż dziś one wyglądają. Chciałbym je pamiętać inaczej, ale widzę je niestety takimi jakimi są. Widzę jak niszczeją, porzucone, przez brak pieniędzy, zmianę planów, zmianę uwarunkowań. Są tam jeszcze, ale nikt ich nie chce. Zamienia się je na parkingi, bo społeczeństwo wymaga. Trawa, niegdyś podłoże pod korkotrampki ze Stomilu, zamienia się w niby oczyszczalnie motoryzacyjnych płynów ekspolatacyjnych. Olejna farba, która kiedyś wypełniała wszystkie płaskie i niepłaskie przestrzenie się łuszczeje i odpada. Drewno, które kiedyś było ławką, krzesłem, traci swój fason. Jest wyblakłe, szare i zjedzone przez korniki. Pogniłe. Spruchniałe.

Dziś zapomniana, zamknięta, za kratami. Obok bramka. Kiedyś ktoś w nią strzelał. Bramkarzem mógł być każdy. Czasem na bramkę wędrował najgorszy, czasem ochotnik. Najlepsi pchali się do ataku. A pózniej i tak wszyscy byli w ataku. Jak ktoś obserwował z boku to nie było w tym żadnej taktyki bo wszyscy razem biegali od bramki do bramki. Spalony ? A po co ? Szkoda czasu, Andrzej już wrzuca z rogala.

Bramka pewnie pamięta te krzyki "Poooodaj". Siatki i tak nie miała, więc biegało się kilometry za bramkę. Do dziś nie wiem czemu tych siatek władza nie dawała. Bramka może pamięta dzieci, uderzenia w słupek i poprzeczkę. Niejeden podskakiwał próbując się złapać, niejeden by się pobujać. Nogi w przód i w tył. Kto dalej się odbije ? Dziś otacza ją zieleń, ale inna niż by chciała. Ona pamięta zieleń trawy, soczystą, ładnie przystrzyżoną.

Szatnia była. Przebierali się wszyscy, zakładali kolce. Jak mieli. Stomil był wtenczas potentatem jeśli chodzi o obuwie. Trampki, tenisówki, kalosze. Wszyscy takie same. Nie rodziło to podziałów, spodenki też wszyscy prawie takie samie mieli.

Kamieniem się zaznaczało kto jaki ma rozbieg. Plecakiem, butami zmiennymi. Czymkolwiek. W tym czasie inni trzy stówki biegli. Albo 8 setek. Torów nie było, więc wszyscy bieli tą samą linią. Linii też nie było, no chyba że ktoś butami zaznaczył. Szurając podeszwą kilkukrotnie można było na czarnej nawierzchni uzyskać imitację linii startowej i mety jednocześnie.

Socjalizm nie dał Orlików. Ale dał jedno - boiska na których ktoś grał.Teraz obserwuję piękne, tartanowe nawierzchnie, których kosztorys wywołuje ból głowy. Orliki mamy, puste.