The Revenant


Byłem wczoraj, jak sobie obiecałem, sam.  W noworocznych postanowieniach założyłem sobie przynajmniej raz pójść do kina samemu. Bez nikogo. Film i ja. Dźwięk, obraz, fabuła, aktorzy i ja.

Okazja nadarzyła sie wczoraj. Zakupiłem bilet w cinema city. Dwudziestatrzydzieści, sala z numerem dwa. Rzad siedem. Byłem sam, nikt obok, siedzenia puste. Grupa emerytów dziarsko wkroczyła do kina w liczbie sztuk około siedem zajmując miejsca na końcu sali. Kilka par. Dzieci nie było. Film od 18 lat.

 The Revenant (Zjawa)

W trakcie kilku scen, którym towarzyszyły wyłącznie dźwięki, dźwieki niczym nie zmąconego wiatru, podziwiałem nicość i nasłuchiwałem. Dźwięki nie zmącone niczym innym, które mógłyby zakłócać w jakiś sposób doskonałość sceny. Z widowni nie pojawiał się nawet szmer, odłgos połykanego popcornu, odkładanego kubka. Nic. Cisza absolutna. Przerażająca. Wspaniała. Absolutna. Nikt nie miał odwagi sięgnąć ręką po przyniesione z sobą Iphony, Samsungi, butelki z wodą gazowaną. Jak usiedli, tak zostali. Przekładałem tylko nogi, jak przypominały mi bółem, że zbyt długo je na sobie opieram.

Film genialny. Fotograficzny raj. Nakręcony wyłącznie z użyciem światła naturalnego, zastanego. Bez lamp, dyfuzorów, reflektorów. Cień, cień i jeszcze raz cień. Postacie niedoświetlone, tajemnicze, niedopowiedziane.

W sposób magiczny urzekły mnie sceny niesamowitej bliskości obiektywu i sceny. Zaparowana soczewka obiektywu - proste a niezwykle efektowne. Czuć tą bliskość, chce się, jak dziecko, pomazać palcem po zaparowanym szkle. 

Można zachwycać się i delektować światłem, ale można delektować się i smakować ciszy.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz