Przyjaciółka




To były prawdziwe wyścigi. Bieg sprinterów. Krzesło do komputera stało od progu pokoju jakieś 5 metrów. Lub cztery. Obrotowe, z wysokim oparciem. Kto szybciej. Zazwyczaj gdy dobiegałem z zamiarem by usiąść, Miśka już tam była. Swoimi oczyma chciała powiedzieć "patrz człowiek, pierwsza byłam".

Na balkonie, przewieszony był kocyk przez parapet. Pomarańczowo biały, bardziej w groszki niż paski. Odwinięty był. Zwisał w dół. Kici kici. Krzyczymy. Nic. Nie ma na łóżkach, w kuchni.

Spadła z 5 piętra. Wieczorem wróciła.

O 15 padał deszcz, przeszła burza. W chwili jej śmierci świeciło słońce. Znaliśmy się z siedemnaście lat, może osiemnaście.

Pamietała wszystkie nasze psy. Polcika, Rejta, Maxa, Bazyla i poznała Majkę. Była jakby od zawsze. I zawsze była. Była na parapecie punkt 15.00. Była pod drzwiami gdy wracaliśmy. Była w kuchni gdy poczuła coś ciekawego do zjedzenia. Była przed ekranem komputera, gdy uważnie na niego patrzyliśmy. Była w kuwecie sypiąc piachem tuż po tym gdy usiedliśmy w fotelu i całe nasze marzenie to było po prostu posiedzieć. Była zła gdy drapaliśmy ją po brzuchu. Była jedyna. Była kochana i najwspanialsza. Wspólne siedemnaście lat to czas, który uzależnia. Była dla nas jak narkotyk, uzależniła nas od siebie.

Domofon. Kot nasz jest w schronisku. Źle z nim. Wypadł. Jak to wypadł ? Jak to możliwe ? Założone przesuwane szyby, założona siatka. Udało jej się pazurami, siatka wypadła i pewnie poszła po parapecie za wróblem.

Wypadła i trafiła do schroniska. Pozostawiona tam w jakieś klatce, w jakiej trzyma się świnki morskie. Tak 30 na 50. Może więcej, może mniej. Z krwotokiem. Lekarza nie było, wiec czekała na dobrego człowieka i chyba umierała.

Dobry człowiek jej pomógł. Mnóstwo kroplówek, zastrzyków i cierpliwości. Gdybyśmy nie przyjechali po nią o tej godzinie mogłaby nie żyć chwilę później.

Odznaczyliśmy z listy kolejne z kocich żyć.

Pomidor. Nie kurczak. Nie łosoś. Pomidorowa puszka. Zachodziliśmy w głowę, zwłaszcza że tak wiele się mówi o kocich preferencjach, jak to możliwe. Każdy wstęp do sklepu dla zwierzaków związany był z powtarzanym zwrotem "proszę trzy puszki z pomidorami dla kota". Taka była.

Ciepła. Miła. Przylepa. Mruczała tak głośno, że echo odbijało się od ścian. Cała sobą. Wszystkim co miała i nam dawała. Była nasza a my byliśmy jej. Na zawsze.

W wielu opowieściach koty leżą na piecu. Nie mieliśmy pieca. Wylegiwała się na czarnym parapecie. W czasie upałów temperatura tej ocynkowanej blachy, pomalowanej proszkowo na czarny kolor osiągała temperatury piekielne. Nie sposób było dotknąć dłonią. Ona leżała i nie schodziła. Leniwie przekładała się na drugi bok, lub leniwie przekładała tylko łapy.  Tak do wieczora. Aż chłodniej było.

Nazywaliśmy ją czasem bardziej pieszczotliwie, czasem mniej. Szlifierka, Czerkawski, czasem durna małpa. Jak sypała piaskiem w kuwecie zupełnie bezlitośnie. Kuweta stała cały ten okres, te 17 lat, za łazienkowymi drzwiami. Ukryta przed wzrokiem gości i tak czasem przypominała o sobie. Zapachem, a czasem dźwiękiem. Dźwiękiem sypanego piasku dla kotów. Szur, szur, szur. Piasek miał zapach lawendy lub trawy cytrynowej.

Maj. Chrabąszcze majowe. Co rok, to coś przynosiła z balkonu. Albo ukrywała pod dywanem. Brała do pyska nie wiedząc do końca chyba co z nim zrobić. Wypluwała, brała ponownie. Jakby to jednocześnie kara i nagroda była. Chrabąszcze zaczynały atakować popoludniowymi godzinami. Podlatywały pod okno i bzycząc i odbijając się od przezroczystego szkła szyby i jakby szeptem mówiły - złap mnie, kocie. Czasem ich pycha przegrywała ze zwinnością ich przeciwnika. Przeciwnik, dumny ze zdobyczy przynosił nam swoją bzyczącą ofiarę pod nogi. Patrz człowiek !
Odeszła o 16.20.

Pochowaliśmy ją wczoraj. Jakby wszystkie ptaki się zmówiły i wszystkie dla niej śpiewały. Tysiące nut, tysiące słów. Skowronki, szpaki, wróble i gile. Ja kopałem dołek a one śpiewały. Było magicznie. Jak we śnie. Robiło się ciemno a śpiew jakby wszystko rozjaśniał.






2 komentarze:

  1. ... jakie cudne wspomnienia pozostawiła, wydobyła cenne ludzkie odruchy, BYŁA i będzie w Was...
    żegnałam moje koty trzy razy, nigdy nie po tak długim okresie przyzwyczajania się do siebie, a i tak było trudno, współczuję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabrakłoby internetu, by ją opisać. Każda minuta dnia czy każdy centymetr domu to ona. Gdzieś tam. Za dużo, może kiedyś

      pozdrawiam Cie Eryko serdecznie !

      Usuń